Jednostka chorobowa zwaną sorenią

Jednostka chorobowa zwaną sorenią

Jednostka chorobowa zwaną sorenią
14 czerwca 2019

– Oj przychodzi pani nie w porę – wita mnie w progu swojego gabinetu Marek Femlak, zastępca dyrektora do spraw medycznych 105 Kresowego Szpitala Wojskowego w Żarach. Byliśmy umówieni, więc mimo tych słów wchodzę, wyjmuję dyktafon i proszę o obiecaną rozmowę na temat szpitalnego oddziału ratunkowego (SOR).

Czuję, że nie będzie łatwo, na podłodze pełno kartonów, z pustych ścianach wystają tylko gwoździe, żadnego obrazka. – Właśnie przeprowadzamy się do budynku, gdzie była kiedyś dermatologia, tutaj zostaną jedynie gabinety specjalistyczne, a rejestracja z piwnicy przeniesie się na pierwsze piętro – tłumaczy swój bałagan dyrektor. Siadamy przy stoliku. Otwieram kajet z zestawem pytań. Jednak nie zadaję żadnego. Telefon dyrektora dzwoni bez przerwy, robi się napięta atmosfera. Czekam. – Przepraszam, ale szukam lekarza na dyżur, rozmawiałem z kilkoma, nie zgadzają się, a ten który się łamał, mówi że jest chory, pewnie jutro przyniesie zwolnienie, uwierzy pani, że kiedyś proponowałem lekarzowi pięć tysięcy złotych za dyżur na SOR-ze i nie zgodził się, bywa że całodobowy dyżur dzielę na ośmiu lekarzy po trzy godziny. Czasami jesteśmy bezradni – tłumaczy, między jednym a drugim telefonem, dyrektor.

U nas nie jest tak źle

Uchylają się drzwi, pielęgniarka z uśmiechem na ustach informuje dyrektora, że lekarz weźmie dyżur. Też się cieszę bo jest szansa na rozmowę. Pytam o to, dlaczego jest tak dużo pacjentów na SOR-ze? – U nas nie jest tak źle, jak w innych placówkach. W szpitalu jest świąteczna i nocna opieka medyczna, gdzie lekarz może zrobić szereg badań i spokojnie zdiagnozować pacjenta. Ja również tam dyżuruję. Czasami zdarza się, że pacjent od nas trafia od razu na oddział z pominięciem SOR-u. Bywa jednak, że niezorientowany pacjent z bólem brzucha, czy urazem kolana trafia na oddział ratunkowy. Tam z kolei ratownik lub wyspecjalizowana pielęgniarka po zebranym wywiadzie decyduje, gdzie pokierować pacjenta. Żaden pacjent nie może opuścić SOR-u bez konsultacji lekarskiej – wyjaśnia dyrektor.

Z wojskowymi było lepiej

Znowu zostaję sama, w sekretariacie jest telefon do dyrektora Femlaka. Coś pilnego. Wraca lekko poirytowany. – Dobrze, że znaczna część kadry jest wojskowa. Łatwiej mi zamienić dyżur z kolegą wojskowym, niż cywilem – stwierdza dyrektor. – My wojskowi jesteśmy nauczeni większej dyscypliny, pamiętam jak dawniej podjeżdżał pod komendę samochód służbowy pułkownika Błaszczyka, a ja byłem wtedy lekarzem dyżurnym szpitala, to czekałem przed wejściem do komendy i głośno krzyczałem: Szpital baczność! I meldowałem jak minęła służba. Pacjenci, którzy szli akurat na internę odwracali się i też stawali na baczność.

Między jednym telefonem a drugim

Próbuję dalej drążyć temat korzystając, że wreszcie zamilkły telefony: SOR-y skarżą się, że lekarze rodzinni z premedytacją odsyłają do nich pacjentów, czy to prawda? – Tak, to niestety prawda, krócej jest wypisać skierowanie na oddział, niż poświęcić pacjentowi 30 minut, zrobić podstawowe badania, obniżyć ciśnienie. Każdy lekarz rodzinny będzie zasłaniał się dobrem pacjenta, ale są też tacy, nie mówię, że wszyscy, którzy podchodzą do sprawy czysto ekonomicznie. Jeżeli lekarz rodzinny skieruje pacjenta na badania, to musi za nie zapłacić, a jak skieruje do szpitala, nie płaci nic i na dodatek ma jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. Dlatego lekarze z SOR-u denerwują się widząc błahe przypadki.

– Zatem kto może skorzystać z oddziały ratunkowego?

– Do SOR-u powinien trafić ktoś, kto jest w stanie zagrożenia życia, czyli pacjenci przywożeni przez karetki oraz osoby z ewidentnym złamaniem kończyny, dużą raną. Czasami rodzina woli przywieźć szybciej chorego z silnym bólem w klatce piersiowej, lub podejrzeniem udaru, niż czekać na karetkę, wtedy jesteśmy z kierowcą w kontakcie, samochód wjeżdża na podjazd dla karetek, a tam czeka na niego zespół ratowniczy.

Akcja reanimacyjna

Widać, że dyrektor Femlak dumny jest z SOR-u i z tego, że obok znajduje się oddział hemodynamiki, a za ścianą przez całą dobę dyżuruje radiolog. – Robimy pełną diagnostykę: tomografię, usg, rtg, pacjent z ewidentnym zawałem od razu trafia na oddział. Z karetki ratownicy przysyłają przez internet prosto do SOR-u ekg pacjenta i wtedy pada hasło – od razu na hemodynamikę! Tam czeka na niego kardiolog inwazyjny, i jednocześnie przeprowadzana jest akcja reanimacyjna – wyjaśnia dyrektor i spogląda na drzwi. Znowu jakieś sprawy! Wchodzi do gabinetu kolejny pracownik szpitala z plikiem dokumentów, które pilnie trzeba podpisać. Po chwili pytam o problemy. – Problemem są nietrzeźwi, zbierani przez policję lub straż miejską po całym mieście. Pomimo, że lekarz niejednokrotnie mówi, że ten człowiek nie nadaje się do SOR-u i wystawia nawet zaświadczenie, że może być dostarczony do izby wytrzeźwień, to i tak zostaje w oddziale. Policja tłumaczy się brakiem pieniędzy na transport takiego delikwenta do Raculi. Postanowiliśmy, że pijanych pacjentów będziemy tutaj, na miejscu płukać, obniżać promile i przekazywać do aresztu – kontynuuje dyrektor

Tak, jak na filmie

Widząc zabieganego dyrektora, który załatwia po kilka spraw jednocześnie, aż boję się zapytać czy to prawda, że lekarze są przemęczeni a pacjenci coraz bardziej roszczeniowi? – Pacjenci roszczeniowi? Oni zawsze byli i są, już się do tego przyzwyczaiłem. Jedni, mówiąc brutalnie, czyhają wręcz na błąd lekarza, inni oczekują, żeby było tak jak na filmie „Na dobre i na złe”, czy „Na sygnale”, żeby lekarz od razu nimi się zajął, nie ważne, że ma tylko stłuczone kolano. W tym czasie lekarz reanimuje przez godzinę człowieka, który w efekcie umiera. Wychodzi zmęczony, spocony, w stresie, niejednokrotnie ze łzami w oczach i słyszy wtedy, od tego z kolanem – a ty ch…, a ty k…co się mną nie zajmujesz! Wtedy emocje są negatywne po obu stronach, lekarz nie wytrzymuje tego napięcia…a na dodatek ma zawalone cztery łóżka pijakami, jednego po dopalaczach, który pomimo, że spięty pasami ma ogromną siłę i wydaje mu się, że ktoś go dusi lub zabija. Bywali tacy, co chowali nóż za pazuchę i biegali potem z tym nożem po oddziale. Dobrze, że mamy silnych ratowników. Tak, zauważam przemęczonych lekarzy. Bywa, że mają po dziesięć dyżurów, za dużo. Lekarz zatrudniony na umowę o pracę, a jest ich bardzo mało, po dyżurze idzie do domu się wyspać. Kontraktowi (90 proc w całej Polsce) są traktowani nie jak człowiek, tylko jak firma. I ten człowiek-firma może być non stop na dwóch, a nawet trzech dyżurach.

A jeżeli popełni błąd?

– Jest ubezpieczony, nie ma przepisów, które regulują te sprawy – wyjaśnia dyrektor. – Na odprawach mówię – nie róbcie tasiemców, dwa dyżury będziemy tolerować, ale na trzy proszę się nie wpisywać. Na oddziale ratownictwa dyżuruje tylko jeden lekarz z Żar, pozostali dojeżdżają z Wrocławia, Gubina, Lubina, Jeleniej Góry. Dziennie musi być czterech lekarzy, przyjezdni biorą po dwa dyżury. Niestety żarscy lekarze, ubolewam nad tym, nie chcą dyżurować na SOR-ze.

– Nawet gdy dostaną polecenie służbowe? – Nawet wtedy. Jeżeli polecę chirurgowi, że ma pracować w oddziale ratunkowym od 8.00 do 15.00, to proszę sobie wyobrazić, że przynosi zwolnienie od psychiatry. Miałem takie przypadki. Jeżeli za dyżur lekarski całodobowy na chirurgii, ortopedii, kardiologii lekarz dostaje na przykład tysiąc złotych na dobę, to, kiedy temu samemu lekarzowi proponuję dyżur na SOR-ze za trzy tysiące złotych nie zgadza się, zawiesza działalność, jak jest kontraktowy, albo idzie na zwolnienie, gdy pracuje na umowę o pracę. Tylko nieliczna grupa lekarzy chce dyżurować na SOR-ze, kocha swoją pracę i nie widzi dla siebie innego miejsca.

  • Mówi się, że fajne pieniądze tam zarabiają, ale oni nie śpią po nocach, są zestresowani, dwóch lekarzy dostało zawału w trakcie swojej pracy. Zdarzają się różne przypadki, ja nie mówię, że u nas wszyscy lekarze są święci, ale są też tacy, zapewniam panią, jak w Leśnej Górze.
  • Długi za życie

SOR opłacany jest ryczałtem, 11 tys. zł na dobę. Za to musi opłacić czterech lekarzy, dwadzieścia pielęgniarek, kilkunastu ratowników, wykonać trzydzieści tomografii i wiele innych badań.

– Dziennie oddział ratunkowy przynosi szpitalowi około 5 tysięcy złotych straty. Nikogo to nie interesuje, my nie dostajemy pieniędzy na pacjenta, nie ograniczamy badań. Przyjmujemy od 30 a nawet do 80 pacjentów dziennie. Pracuje 15 lekarzy, personelu jest około 30. Ja od dwunastu lat nie śpię po nocach. Co zrobić z pacjentem? Co zrobić, kiedy nie ma miejsca? Często muszę podejmować decyzję jako ostatni. Jest tak zwana instytucja lekarza starszego SOR, on pod nieobecność dyrekcji pełni obowiązki dyrektora szpitala, co on powie, to jest święte.

W samym środku zdarzeń

Idę na SOR. Może uda się pogadać? Jest spokój. Kilku pacjentów. Jest poniedziałek, godzina trzynasta. Podchodzę do lekarza Zbigniewa Zdónka, który, jak się dowiaduję ma za sobą 54 godziny pracy. Na pewno chciałby do domu, do Gubina, ale czeka na koleżankę, która go zmieni.

– O tym, co działo się w weekend, książkę można byłoby napisać, teraz jest spokój, ale po szesnastej się zacznie – mówi Z. Zdónek. – My tu pracujemy w sytuacji permanentnego kryzysu, decydujemy o życiu i śmierci. Nie ma takiej możliwości, żeby przyjąć do szpitala wszystkich pacjentów, którzy się do nas zgłaszają. Musimy przesiać pacjentów na zasadzie szacowania ryzyka.

W takim razie, co jest największym problemem? Zaskakuje mnie odpowiedź doktora, że jedynym problemem opieki medycznej jest wychowanie społeczeństwa. – Gdyby społeczeństwo było wychowane i miało kindersztubę, to by wiedziało jak się zachować przychodząc na SOR – tłumaczy lekarz. – Byliby wyrozumiali, pacjent musi wiedzieć, że lekarz nie jest panem Bogiem i nie wyjaśni niczego w kilka minut, potrzeba czasu na badania. To, że im się śpieszy, a najczęściej rodzinie, stwarza zaburzenia emocjonalne, które nie są w interesie pacjenta. To jest jeszcze takie peerelowskie myślenie: Jak ja się wydrę, to będę szybko załatwiony. – A przecież pacjenci zachowują się według instrukcji. Po licznych nieszczęśliwych wypadkach w SOR-ach ukazała się taka instrukcja w sieci, która radziła pacjentom, że jak trafia już na oddział ratunkowy, to mają przewracać się i krzyczeć, że umierają. – Była taka instrukcja, jej autorem powinien zająć się prokurator. Napisał to ktoś, kto chciał w ten sposób zbudować sobie jakąś popularność i na niej wyjechać. Te rady, w mojej ocenie, miały charakter zaburzenia bezpieczeństwa publicznego – twierdzi lekarz.

Zdrowy rozsądek

Podobno każdy lekarz z SOR-u jest odporny, musi umieć oszacować ryzyko, a z drugiej strony musi mieć intuicję i zdrowy rozsądek? – Im więcej mamy parametrów do ocenienia, to nasze myślenie ma charakter mniej naukowy, a bardziej intuicyjny: ten pacjent jest bardziej chory, ten mniej, a ten może poczekać. Jeżeli ktoś lub coś zaburzy ten porządek, zdarzają się błędy w konsekwencji wywoływania presji, bywają wtedy także wypadki polegające na złej ocenie pacjenta – mówi doktor Zdónek. Chyba już wiem, dlaczego lekarze nie chcą pracować w oddziale ratunkowym, niezła kasa, ale praca za ciężka i bardzo odpowiedzialna. – Bo tu jest największe ryzyko popełnienia błędu. Potem prokurator, wyrok, groźba zakazu wykonywania zawodu, tutaj na jednym dyżurze, biorąc pod uwagę powagę stanu pacjentów, można ze trzy razy pójść do więzienia, jeżeli popełni się błąd medyczny. We własnym środowisku mówimy, że mamy jednostkę chorobową, zwaną sorenią – śmieje się doktor Zdónek. A jakie wnioski? – Dajcie nam spokojnie popracować, a na pewno będzie bezpieczniej! Dziękuję za rozmowę i wychodzę z SOR-u. Zastanawiam się, co należałoby zrobić, żeby lekarze byli mniej zmęczeni, a pacjenci bardziej zadowoleni. Dzisiaj nie odpowiem sobie na to pytanie.

Danuta Iglicka