Jedno pogotowie na dwa powiaty

Jedno pogotowie na dwa powiaty

Jedno pogotowie na dwa powiaty
6 maja 2019

Pogotowie Ratunkowe 105 Kresowego Szpitala Wojskowego od 1 kwietnia świadczy usługi medyczne zarówno mieszkańcom powiatu żarskiego i żagańskiego.

W powiecie żagańskim pogotowie funkcjonuje od dawna, opiekę nad pacjentami powiatu żarskiego, szpital przejął 1 kwietnia po wygranym konkursie ogłoszonym przez NFZ. Wcześniej usługi te świadczyła firma prywatna. Zgodnie z nową ustawą o ratownictwie medycznym tego typu usługi mogą być świadczone jedynie przez publiczne zakłady zdrowia. – Za zgodą MON, organu założycielskiego szpitala przygotowywaliśmy się do tego przedsięwzięcia od kilku miesięcy – wyjaśnia dyrektor szpitala Sławomir Gaik. – Był to dla nas duży wysiłek zarówno organizacyjny jak i finansowy, przy wsparciu MON, Urzędu Miasta oraz starostwa kupiliśmy 5 nowych karetek, które będą stacjonować w powiecie żarskim – dodaje dyrektor. Główna dyspozytornia znajduje się w Gorzowie Wlkp. Jeżeli pacjent dzwoni z jakiekolwiek miejsca w województwie lubuskim, czy to na numer 112 lub 999 to zawsze odbiera dyspozytor w Gorzowie.

Decyduje dyspozytor

– Oni przekazują nam miejsca zdarzenia, do których musimy jechać – mówi kierownik pogotowia Ryszard Smyk. – System powiadamiania jest trójdrożny: przez internet, każdy z nas ma mobilny tablet, telefon komórkowy, na który przychodzą sms o wezwaniu oraz inne informacje, na przykład o braku miejsc w danym szpitalu, poza tym jest jeszcze droga radiowa. Bezpieczeństwo powiadamiania, jest na bardzo wysokim poziomie. Gdyby zawiodły wszystkie systemy powiadamiania, to są jeszcze dodatkowe zabezpieczenia. W miejscach stacjonowana karetek ustawione są kamery, skierowane na karetki, przez które dyspozytor widzi, że zespół nie wyjechał do wezwania i może wtedy inną drogą powiadomić ratowników. Poza tym razem z wezwaniem włącza się w karetce GPS, który ułatwia dotarcie do pacjenta. Dzisiaj w tym systemie działa cała Polska, zdaniem R. Smyka jest on bezpieczny dla pacjentów, skraca drogę, bo przyjeżdża najbliżej stojąca karetka, w Żaganiu nie tylko żagańska, czy w Żarach tylko żarska, po prostu ta, która jest najbliżej wezwania. Może się, zatem zdarzyć, że do wezwania w Lipinkach Łużyckich przyjedzie karetka stacjonująca zwykle w Szprotawie. Karetka jest przypisana do ratownictwa, nie do miasta, dyspozytor decyduje, która, gdzie pojedzie. I tutaj ciekawostka – to również dyspozytor decyduje czy karetka ma jechać na sygnale.

Dziesięć karetek w sześciu miastach

W powiecie żagańskim stacjonuje pięć karetek: dwie w Żaganiu, w tym jedna specjalistyczna, dwie podstawowe w Szprotawie i jedna podstawowa w Iłowej. Ta długo oczekiwana w Iłowej znacznie skróciła czas dojazdu do chorego w Gozdnicy. Kiedyś potrzeba było 37 minut, żeby karetka tam dotarła, teraz czas ten zmniejszył się o połowę. W powiecie żarskim również stacjonuje 5 karetek, dwie w Żarach (w tym jedna specjalistyczna), dwie podstawowe w Lubsku i jedna podstawowa w Trzebielu. Czas dojazdu karetek do pacjenta mieści się w granicach normy, to jest do 10 minut w mieście i do 20 minut poza miastem. O tym ile karetek i gdzie będą stacjonowały decyduje wojewoda. Nawet gdyby samorządy uznały, że jest ich za mało i chciałyby z własnych środków dokupić pojazdy, to i tak nie miałoby to znaczenia. – Dzisiaj nie karetka jest ważna a kontrakt z NFZ – mówi R. Smyk. – Liczba karetek w województwie jest stała, myślę jednak, że mieszkańcy obu powiatów mogą czuć się bezpiecznie.

Siedemnaście tysięcy wyjazdów

W Żaganiu rocznie jest 7 tys. wyjazdów, w Żarach już pierwsze tygodnie pokazały, że będzie ich znacznie więcej – przewiduje się około 10 tys. wyjazdów. Niestety część tych wyjazdów jest nieuzasadniona, nie ma jednak na to złotej recepty. – Każdemu wzywającemu karetkę wydaje się, że jest chory, śmiertelnie chory i najbardziej chory na całym świecie. Często mija się z prawdą, bo tak nie jest, z drugiej strony zadzwonić po pogotowie jest najłatwiej, bo wykręca się trzy numerki i uzyskuje pomoc. Na całym świecie nie udało się tego uporządkować, u nas również – twierdzi R. Smyk. Zdaniem kierownika w tej kwestii nic się nie zmieniło i nigdy nie zmieni. To są przyzwyczajenia pacjentów, pogotowie jest pierwszą i ostatnią deską ratunku, jest także uzupełnieniem, często niewydolnych, krótko pracujących, ustawiających u siebie kolejki lekarzy rodzinnych. – Ostatnio wyliczyłem, na przykładzie Żagania, że lekarz rodzinny od poniedziałku do piątku pracuje miesięcznie 200 godzin, a lekarz świątecznej i nocnej pomocy medycznej aż 550. W ubiegłym roku przyjęliśmy 17 tysięcy ludzi, na dyżurze jest tylko jeden lekarz i pediatra wzywany do dzieci – mówi R. Smyk. – Takie mamy realia w kraju, tak mamy zorganizowaną służbę zdrowia, że znaczne obciążenie spada na pogotowie ratunkowe, niestety, zarówno, jeżeli chodzi o przypadki ciężkie, jak i te lżejsze albo nawet te nieuzasadnione – dodaje kierownik pogotowia.

Spada śmiertelność

Kiedy pogotowie zabiera pacjenta w ciężkim stanie, często spotyka się z zarzutem, że trwa to bardzo długo. „Dlaczego jeszcze nie jedzie do szpitala?”. Bliscy chorego pukają do karetki ponaglając zespół do wyjazdu. – Tłumaczę wtedy, że walkę o zdrowie i życie pacjenta rozpoczynamy już w karetce, która dzisiaj jest tak samo dobrze wyposażona jak oddział intensywnej terapii – mówi kierownik pogotowia. – Żeby pacjent przeżył transport musimy go zabezpieczyć, podać leki, kroplówki, opatrzyć rany, często jest to pacjent zaintubowany, każdy pośpiech w tym przypadku byłby zbędny. Średni czas od wyjazdu karetki do pacjenta, opatrzenia go i przywiezienia na oddział do szpitala, czy SOR waha się w granicach 50 minut. Jest to zdaniem R. Smyka czas mieszczący się w normie, jaką przewiduje ustawa o ratownictwie. O tym, gdzie karetka wiezie pacjenta decyduje kierownik zespołu, czyli lekarz albo ratownik, który ma minimum pięcioletnie doświadczenie w pracy w zawodzie. Jeżeli są ciężkie urazy, na przykład głowy, to pacjent od razu wieziony jest na neurochirurgię do Zielonej Górze lub Nowej Soli. Podobnie człowieka z zawałem, obojętnie gdzie on będzie czy w Żaganiu czy w Szprotawie, wiezie się od razu do Żar, do pracowni hemodynamiki. – Kiedy nie było tego oddziału w Żarach, to śmiertelność zawałów była około 30 proc. teraz śmiertelność spadła do 2-3 procent – mówi z dumą R. Smyk. – Nie mamy przypadków wożenia pacjenta od szpitala do szpitala.

A gdzieś czeka chory człowiek…

Spora część pacjentów pogotowia, to osoby nietrzeźwe. Człowieka leżącego na ulicy, nikt nie sprawdzi czy jest pijany czy nie, ludzie po prostu wzywają pogotowie. – Nie jesteśmy w stanie wyedukować społeczeństwa, ludzie po prostu nadużywają alkoholu i nie ma za to żadnych kar ani systemu, żeby to uporządkować – mówi R. Smyk. – Najbliższa izba wytrzeźwień znajduje się w Raculi, poza tym jest ustawa o przeciwdziałaniu alkoholizmowi, która wyraźnie mówi, że jeżeli upojenie alkoholowe jest w stanie głębokim i pacjent nie reaguje na bodźce, to pacjent powinien być odwieziony do szpitala, ale niestety najczęściej trafia na SOR – wyjaśnia dalej kierownik pogotowia – Tam trzeźwieje na materacyku do rana, rano mówi wszystkim do widzenia i tyle po nim. W razie czego miał jednak opiekę lekarską i to wielogodzinną – dodaje kierownik.

Każdy może pomóc drugiemu człowiekowi

Samo wezwanie pogotowia, a przede wszystkim udzielenie dokładnych danych typu adres, objawy może wiele pomóc w ratowaniu człowieka. Jak twierdzą lekarze i ratownicy zależy im najbardziej na tym, żeby wzywający karetkę słuchał tego, co mówi do niego dyspozytor. W najcięższych przypadkach dyspozytor wysyłając karetkę nie rozłącza się z tym, kto ją wzywał, lecz precyzyjnie instruuje, co należy robić z pacjentem. – Każdy człowiek jest w stanie pomóc drugiemu uciskając klatkę piersiową – wyjaśnia R. Smyk. – Dyspozytor będzie wszystko tłumaczył, a nawet gdy będzie uciskał bez oddechu, to i tak jest lepiej, niż gdyby nie zrobił nic. Nawet gdy choć odrobinę krwi wyciśnie na obwód, to krew będzie powolutku sobie krążyła, a to już daje szansę na przeżycie – twierdzi kierownik. – Najgorzej, gdy zapłakana rodzina w pada w panikę i niczym policja kieruje zespół ratowniczy do chorego pacjenta. W Żaganiu prowadzone są szkolenia z udzielania pierwszej pomocy, niejednokrotnie prowadzone są przez ratowników z pogotowia. Należałoby powiększyć ich zasięg na szkoły, zakłady pracy.

Młody zespół ratowników

Obecnie w pogotowiu pracuje 12 lekarzy i 100 ratowników medycznych. Wszyscy związani są ze 105 Kresowym Szpitalem umową cywilno-prawną. Daje to duże możliwości w układaniu grafików i obsadzeniu wszystkich karetek. Pracowników na umowę o pracę jest tylko dwóch. Ratownik, który ma własną działalność wystawia szpitalowi rachunek za swoje usługi, bywa, że w miesiącu pracuje od 200 do 260 godzin. – W lutym, kiedy wiedzieliśmy już, że przejmiemy rejon żarski, ogłosiliśmy konkurs na pracowników pogotowia – mówi kierownik R. Smyk. – Większość pracowników, ale nie wszyscy, przeszło do nas z byłego już pogotowia prywatnego, ciągle jednak brakuje lekarzy. Każdy lekarz, który zapuka do drzwi pogotowia będzie natychmiast przyjęty, na razie wszystkie luki w grafiku wypełnia kierownik pogotowia R. Smyk. Bywa, że w miesiącu ma siedem dyżurów. Na pytanie, czy nie bał się przejęcia rejonu żarskiego zdecydowanie odpowiada, że nie. Ma duże doświadczenie zawodowe, jest chirurgiem a z pogotowiem związany jest ponad trzydzieści lat. Był również dyrektorem szpitala, dyrektorem medycznym w NFZ. – Nie boje się Żar, dobrałem ludzi, do których mam pełne zaufanie – wyznaje Ryszard Smyk – Nie widzę żadnego zagrożenia, po tym co się stało od 1 kwietnia bezpieczeństwo pacjentów jest większe, my wieziemy pacjenta do siebie, do szpitala, w którym znamy lekarzy, wielu moich ratowników pracuje na SOR, takie zazębienie może wyjść pacjentowi tylko na dobre – dodaje kierownik.

Danuta Iglicka